Przez liście i kładki
RSS
środa, 25 stycznia 2012
Jakby Wojaczek miał internet.

Żem żyję. Mam się fatalnie. Śmierdzę bimbrem, smarkam na siebie, ale żyję. Próbuję się chronić od siebie, dystans powiększać alkoholem, ba, nawet do pracy chodzę, po pracy ledwo chodzę. Kocham świat, zaczarowany w grudy w śniegu, które wpadają mi za szalik i tną z niewiarygodną precyzją układ nerwowy.

Letnie ogniska ? mit. Niejasne wspomnienie pisków i pijanych przyśpiewek. Rację miał Krzysiek Bąk, gdy pisał, że samotność to suma nieobecności, nie jestem samotny, mam w sobie kaskady rozpierdolu. Jakby Wojaczek miał internet to nie skakałby przez okna. Jak bym mieszkał wyżej, skoczyłbym, ale z pierwszego piętra, to wołanie o pomoc, aż głupio moczyć kości w śniegu.

10:46, rumblefish6
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 grudnia 2011
Wpis na święta.

Przetrwaliśmy wiele. Ja - garść kobiet udających jedzące z garści. Ty - garść mężczyzn w garści zjadanych. Znowu się widzimy i piejemy modły
o przedłużkę chwili, lecz to grozi trakcją pod wysokim napięciem, pod zbytm niskiem niebem, która nas owinie jak Maelstrom łodzie. I pójdziemy na dno. Chwilę już tam byłem, więc pójdziemy na dno.
To znaczy się do mnie.

Jest najgorsza pora roku. Nic nie idzie w grudniu, autodestrukcja wkracza na wyżyny - klasa światowa w rankingu Kickera. Depresja była niemalże zawsze, lecz teraz nie łagodzi
jej nawet alkohol ni też inne cuda. Grudzień. Poszedłem wczoraj do lekaża, w drodze mężczyzna ścinał głowy karpiom, trysnęła kropelka karpiej krwi na moją kurtkę, wziąłem
na palca, liznąłem. Smakowało jak cierpki, zepsuty sok. Mam teraz duszę karpia - pomyślałem. Lekaż pewnie, gdy spojrzy mi w przełyk to od razu upierdoli głowę. Nie upierdolił.
Wziął pięć dych i dał chorobowe. Dobry człowiek.

Nie ma żadnego wymarzonego jazzu w lampki refleksach. Nie ma Californii. Jest Polska, na której godle powinien widnieć karp z ujebanym łbem, a na fladze lekaż przyjmujący łapówkę.
Jest mała radość z tyskiego, jest jakiś niepotrzebny powrót do wiersza Wojaczka, tego na święta. Nic nie czuję, jedynie to, że mam trochę lepiej, choć żyć też za bardzo nie chcę, lecz
śniłem dzisiejszej nocy sen, w którym prawie zginąłem, strzała wystrzelona przez orka drasnęła me plecy, nie uciekałem, stanąłem i skończył się sen, przebudzony krzyknąłem: strzało, zawróć.

Teraz trochę o tobię. Myślę, że uciekasz od próby realnej, parszywej jak życie, tj. Bicie malutkiego serca gdzieś pod twoją piersią, chodzenie na palcach żeby nie obudzić,  dużo
brudu z którego wyrasta ta cała miłość, jak na gnoju kwiaty. Nie mam nic do tego. Traktuj to jak zdjęcia, co je dobrze widzieć, ale gdzieś za lasem przed którym stoi piękna rodzinka, gdzieś tam
dynda truchło wisielca, co go kadr nie złapał, bo listowie gęste.

Zawsze jest wybór, a troszeczkę później, stara, powolna kobieta, co unika luster, dziad zmarszczony jak owoc po najsroższych mrozach, oboje z rurkami w drziurawych gardziołkach,
chce im się wciąż palić, choć strasznie trzęsie dłóńmi. Albo teraz wybierzmy wygodniejsze piekła.

19:23, rumblefish6
Link Komentarze (3) »
Pierwszy singiel kolegów z zespołu Loopara.

http://www.youtube.com/watch?v=IG5D9cs7BWU

15:20, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 grudnia 2011
"Dlaczego nie piszesz nic na blogu ?". "Czego nie dodajesz notek żadnych ?".

Jeszcze trzeba zapytać mojej zabiedzonej osoby czemu w boga nie wierzy i czasami na podłodze się jebnie, rankiem efektownym. Nie powinienem na to zważać, odpisywać tym bardziej.
Ale chuj (taki nasz polski, miękki, jednakże grożący brutalnością) z tym. Nie piszę, bo wkurwiają mnie grecy i włosi, właściwie większość narodowości, jedynie do Eskimosów mam
metafizyczny szacunek. Wkurwiają mnei socjale włochów i greków, co za tym idzie: że ja muszę zapierdalać niszcząc czające się w mych organach (wewnętrznych, nie mylić z
z wirtuozerią) piękno. Jakbym pracować nie musiał, to bym pisał. Książkę bym nawet jakąś przeczytał, western chciałbym, o kowbojach. Albo o Wikingach i mieczach. Ewentualnie o
wiklinowych babach i ogniu, który oczyszcza, spopiela na :"niech tak się stanie".

Nie piszę, bo mi nikt nie podstawia ośmiopaków pod drzwi mieszkania, nawet przed świętami, więc sam kupiłem dziś taki kanciasty, ośmiopak żubra. Kasjerka naftą pachnąca zaczęła
folię zdzierać, gdyż kodu kreskowego czytnik nie chciał odczytać. Darła me serce.

A może ona zdechła ? - Zapytał Eskimos.
Ta kurwa ? literatura ? - odpowiedziawszo zapytał polak.
Nie, Andaluzyjska foka - zakończył Eskimos wśród bulgotu przerębli.

W niemocy twórczej dalej będę o muzyce, tzn. Moje organy przestają się nadawać do prawidłowośći, ach, gdzie trzustki, wątroby i mózgi z tamtych lat. Ale i tak się kocham, na tyle
żeby nie fabularyzować, nie kłamać po prostu. 

Teraz sobie wyobraź ostatnie wagary, takie soczyste jak gruszki dopochwowe stosowane przez inkwizycję, wagary podczasz, których
wiesz, że niszczysz to wszystko na co pracowałeś całym sobą przez te lata. Patrzysz wtedy z drzewa (bo chciało się wyjść), patrzysz na samochód który uderza w łodygę drzewa, na którym
siedzisz. Wiatr i inne psubraty, kołyszą cię i kołyszą. Czkają przepiórki w przemrożonych zbożach.Nie piszę, bo już nie nie umiem, po prostu.

00:53, rumblefish6
Link Komentarze (8) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Zuzanna.

"wiesz co nie wierze Ci. no kto jak kto, ale Ty? jak to ma być niby że nie ma Nikogo? jakby było samo Nic, to nie ma też duszy, w ogóle nie ma żadnej transcendencji, żadnego ducha, i w takim wariancie upadabniamy sie strasznie do zwierząt, które wpijają się pazurami w życie żeby zostawić gdziekolwiek jakiś ślad, bo dalej nic nie ma. tzn może nie ma, ja nie o życiu po śmierci, ale żeby tak nic?! żadnego, nie wiem, gromowładnego zeusa, lwa aslana, żadnej buddyjskiej energii chociażby? czegokolwiek co dysponuje jakimś ultramózgiem i w ogóle jest prze? bo jeśli nie to Ty jako pisarz i Twoje pisarstwo jesteście wytworem czysto intelektualnym, wyzbytym jakiegokolwiek pierwiastka nie wziętego z rynsztoka, a ja nigdy nie przepadałam za czysto intelektualnymi tworami, chyba że to ja sama sie dopatrzyłam czegoś więcej pomiędzy liścmi i na kładce, czego tam nie ma. dla mnie Twoja rozbuchana jaźń ma wiele wymiarów i proszę nie próbowac wyprowadzać mnie z błedu. PS. mógłbyś polecić jakiś dobry krem na zime?"

Nie znam się na kremach.

00:39, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 grudnia 2011
Febra mean sraczka.

Wczoraj złapała mnie febra. Bliski zemdlenia byłem idąc w gorączkowej malignie przez ogórdki działkowe. Z pracy wracając.
To nic ciekawego, ale zawsze przyjemnie nazwać polską gorączkę przechodzącą w sraczkę - febrą.

Gdy szedłem w tej febrze, której bimber podwójnie filtrowany nie uleczył, zacząłem, och bogurodzico, życie żem zaczął cenić, tak na chwilę, lecz zarazem obraz żywota mego zamienił się w walkę Witalija Kliczki z Lenoxem Lewisem, coś jakbym chciał walczyć dalej z gębą diablo - niewyjściowo rozjebaną, nie bacząc na jednomyślną decyzję sedziów stanowiącą o technicznym nokaucie w szóstej rundzie.

Febra dalej grzała, lekko rzucając na boki, grzał też alchemiczny bimber. Światło zajaśniało w altance po lewej stronie, światło zapewne grzało gołębie i kury, wtem zagdkała kura o czymś nieznanym śmiertelnikom, może o mnie i o tobie. Przestrogę wygdakała, wskazówkę potrzebną na kolejnych sześć rund w walce z Lewisem.

Zacząłem więc gdakać też modlitwy do boga w którego
nie wierzę, coś w stylu: "Panie czego ten świat na dwanaście rund zakontraktowałeś".

Po szóstej rundzie tu, tu jest ganc przejebane. Tam tańczy taka na przykład Salome, a tu, pudzianowski na lodzie, podobnego rodzaju koszmary tańczą też.

Jeśli chodzi o miłość, niewiele się na tym znam, choć jakoś rozumiem znudzone koty, doskonale znające nagość swoich
kwatermistrzyń, choć gdyby dotknąć jedną z kocich kwatermistrzyń, to paznokcie pójdą w ruch. Drapie zwierzę szybę, która dzieli od ciepła,  i deszcz, a w nim kurwy zmoknięte pod wesołą gwiazdą, gdzieś daleko od nas, dzielą się kurtką, papierosem i słowem.

01:41, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2011
Cały romantyzm mieści się w bankach.

Są plusy mieszkania prawie przez całe życie w jednym mieszkaniu. Zdałem sobie sprawę z tego dziś, w okolicach południa, gdy paliłem ruskiego gardłojeba, dym wydmuchując przez okno.
Patrzyłem wpierw bezrefleksyjnie na dach sklepu spożywczego, następnie gdy dym azbestowy z radzieckiego trota połechtał czule pamięć, spojrzałem na duży dom, taki quasi - dworek, w którym
zamieszkuje doktor medycyny z rodziną doktora medycyny. Przypomniałem sobie sad - kilkanaście lat temu rósł w tym miejscu: śliwki żółte, okrągłe tam były, smaczne i słodkie.
Miałem tam pierwszą solówkę, chyba na remis, albo przegrałem z niższym chłopakiem. Często widywałem tam pijanych meżczyżn, spali w trawie, myślałem, że oni tacy są zawsze.
To był czas kiedy lentilki to były najlepsze cukierki na świecie. Teraz nie ma świata.

Teraz nie ma świata. Wrażenie to staje się jaśniejsze, bo nagle się zostało "kimś", jakby mężczyzną, co w tym wypadku oznacza kilogramy cynizmu i tony arogancji, upierdolone
smarem dłonie i dużo wódki w małych wolnych chwilach. Kiedyś wąchałem kartki tomików z poezją, uczyłem się w słowach mieszkać, ale się eksmitowałem i gdy czytam jakiś wiersz, nic
nie czuję. Może nieważki posmak haloperidolu. Nie nucę o kobietach, nie podszywam romantycznych sytuacji pod nuty takiego Tima Hardina na przykład. Romantyzm ograniczył się do
bardzo zdystansowanej relacji z niezłą dupeczką z banku, która mi nieraz wypłaca pieniądzę, gdyż do dnia dzisiejszego do kasy za którą owe dziewczę siedzi podchodziłem,
zagajając maksromantycznie: czy może był przelew ? a ile mam na koncie ? oczywiście proszę liczyć z debetem. Także zagajałem: To proszę wypłacić dwieście. Ale nie żebym
oryginalny nie był, czasami wypłacałem sto, a innym razem dwadzieścia złotych, choć wypłacać dwadzieścia złotych to raczej przy ludziach wstyd, wolałbym to z bankomatu w dłoń. Lecz
karty połamałem, a na kolejne wypełniania papierów błagających o kartę depresja mi nie pozwala. Więc gdy taka sytuacja wybierania dyszki lub dwóch zaistniała, to podchodziłem pod
kasę i do bankierki: czy może był przelew. A ona: niestety nie było. Ja: to dziwne. Ona: niestety. Ja: a jest tam coś do wybrania ? Ona: z debetem ? Ja: a niech będzie z debetem -  uśmiech
szelmowski. Ona: 20 zł. Ja: to niech pani da, a co tam, będzie na łikend. Hihi.

No i dzisiaj wszedłem do banku tegóż i ona tam siedzi ta bankierko - kasjerka,  patrzy się na mnie, z uśmiechem ni to sympatii, ni to politowania. Uśmiechnąłem się sekswonie jak
puszysta Elwira w jednym numerze Wampa z lat osiemdziesiątych chyba, po czym podszedłem do innej kasjerki, której imię na plakietce było widoczne bez problemu i nie przesłaniały go
wzgórza dekoltu. Taki romantyzm. Ciekawe czy ta druga się na mnie obraziła.

Wczoraj obrzejrzałem film: "Londyński Bulwar". W recenzjach przeczytałem, że świetne przemieszanie "Przekrętu" z "Rockendrolą", to się nastawiłem godnie, paczkę chrupek kupiłem,
litrę soku i dwie czekolady. Film okazał się godny jadłospisu na ten wieczór, czyli: skutki rzygawiczne. Jedynie muzyka dobra, ale nawet La Fee Verte, chyba czterokrotnie
grające w tle nie uratuje tak pustego gówna. Jedyna dobra scena to ostatnia, samobójcza, tego pseudo aktora, ćpuna. Reszta bez sensu. Bez klimatu. Bez rdzenia.

Kino się chyba jeszcze nie skończyło. Na co wskazuje choćby kilka żwawych polskich, niezależnych produkcji ostatniego czasu. Na co wskazuje własny brak wiary w ostateczny upadek
ekranu. Literatura być może trwa w najlepsze, choć w ogóle nie zaprząta mi teraz czasu, głowy i innych części gwiazdozbioru usianego łajnem. Zdjęcie Bohdana Zadury na jakimś tomiku
przypomina mi słynnego polskiego seryjnego mordercę. Cała polska literatura przypomina mi powolny, bolesny mord na moim układzie nerwowym, więc momentami żałuję, że,
nie utopiłem się za dzieciaka, gdy wszedłem na głębszą wodę, nie umiejąc pływać, tylko złapałem się wtedy turbiny wodolotu i tak się kręcę, nie mogąc się przemoczyć do dna, ni też
do zenitu wysuszyć.  

18:57, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 października 2011
Listopad słodki.

Zimno na rewirach się zrobiło, pusto i smutno, jak to bywało
,na przykład w 1993 roku podobny stan odczuwałem, gdy jesienią
szkapa dziadkowi Henrykowi zmarła. Wiało mocno, tak, że szaliczek z
zielonymi frędzlami prawie mnie udusił, kręciło mną wkoło, jak felgą.
Tymczasem dziadek zaczął z kobyły skórę zdzierać, bo nie wypadało zmarnować ewentualnego pokrowca na przyszłość.

Wyszedłem dziś z mieszkania, rankiem bogatym w pustkę i w skulenia.
Zgiętym wyszedłem, zgiętym bartkiem zgiętym rankiem skręcać zaczęło.
Taka powinność zadeklarowanego pijaka, to skręcanie, wymiotów w skręcaniu powstrzymywanie, gdy do wymiotowej pracy się idzie po chodniku z wymiotów.
Pomyślałem o poczciwej japońskiej Godzilli, że pieknie byłoby wpleść się w wysokie trawy radzieckiego dywanu, przysłanego przez nieznaną rodzinę, 
Oglądać na pierwszym magnetowidzie, te ekslukzywne i niestraszne potwory, tak ludzkie jaką ludzkość nigdy nie była. Chciałem Godzillę, dotyk jej
na blasze swojej blaszanej głowy poczuć, chciałem żeby Godzilla podeszła do mnie i pogłaskała po blaszanym czole mówiąć: bartuś, tyś jest ziom.

Mówiłem do siebie: bartek, to przejdzie jak mgła rażona piorunem, jak wytrysk johna holmesa, jak wieczność, po cichu na pazurkach. Wtem chciało
się rzygać, nie rzygnąłem. Klepnąłem się w lewy pośladek i powiedziałem: nie jest wcale źle, do domu wrócisz, książkę przeczytasz, choć nie, bo książek nie czytasz
już, chuju głupi, więc czekoladę se kupisz, albo lepiej, napić się będziesz mógł, bo pora po piętnastej przychylna będzie, pora po piętnastej to wróżka dobra i czysta,
czysta jak czysta.

Wróciłem po piętnastej do dom, do mieszkania. Przypomniałem sobie, że lewą gotówkę posiadam, więc poszedłem do sklepu, do orzecha, po kosmetyki. Wziąłem w garść kilka plastikowych
tubek i do kasy, na żywioł. Tam kątem oka czteropak żywca zauważyłem, pomyślałem, a wezmę, kupię, bo jesień i duszą targa. Przy kasie, żem stanął z kosmetykami, a kobieta
- ekspedientka, że 70 zł chce, ja wystraszyłem się, ale zaraz tarcza w dłoń i miecz, zapłaciłem, choć wcześcniej pani piękna, znakomita, zgarnęła mi sprzed nosa czteropak
który na mnie patrzył. Choć ona się pijakami pewnie brzydzi, a tych co pod sklepem stoją to mniej lubi od bohaterów filmów o zombie.

Nie było żadnej płenty. Żadnej uroczej staruszki na koniec podróży, która mogłaby pochwalić mi się siwizną kobiecych włosów na starość, w którą nigdy nie wierzyłem,
a która zmusza mnie do myślenia o tajemnicach.

Sprawdziłem konta internetowe, czytałem wiadomość, zacząłem cofać, tak jak cofa się czas w filmach o samochodzie z drutem na dachu. Klikałem: cofnij, cofnij, cofnij,,,
aż, zobaczyłem zapytanie: kim jesteś ?. Dałem gromkie fejsbukowe: lubię to. Jakby spraw nie biorąc na ruszt średniowiecznego rożna, tak muszę powiedzieć, że jakbym
cię spotkał naprawdę to powiedziałbym: chcę życiem swoim zająć się naprawdę. Każde z nas usłyszałoby kłamstwo. Lecz ja myślałbym o dzieciach, którym oszczędzimy ten świat.

http://www.youtube.com/watch?v=kQ0h4fyjJY4

21:39, rumblefish6
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 października 2011
List z sąsiedniego pokoju.

Jakoś nie załamuję się tym, że nie mam wykształcenia, prawa jazdy, telefonu, dziewczyny i hajsu na dziesięć dni przed wypłatą. Dzielnie to znoszę dzierżąc mój herb niedzielny we dłoni - ćwiartkę lubelskiej wiśniówki. Mam poczucie humoru prosto spod budki z piwem o szóstej rano.Śmiać to chcę mi się z nieudolności ludzkich i z dupeczek, które dupeczkami wymachują na wschód, zachód, północ, południe.

Ostatnio jak się napierdoliłem prawie wypadłem przez okno pokoju paląc papierosa na parapecie, nogi mi już wisiały, ale się wyratowałem, chwytając za drugi parapetu brzeg, szkoda szluga. Jak jestem bliski stosunku płciowego to walę pięścią w ścianę i krzyczę: meine mutter. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę się powstrzymać. Być może to początkowe symptomy choroby Tureta. To jest list, bo Kafka piękne listy pisał. Wojaczek. Van Gogh ślicznie dziergał kartki epistolarne. Jeszcze tylko chciałem dodać, że wszystkie dziewczyny mnie zdradzały, nawet te wymyślone, a ciebie tato ?.  

18:40, rumblefish6
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 września 2011
Jak mój tata został papieżem.
W tytule nie ma nic, a Ty jesteś jak ostatnie gitarowe brzmienie w erze plazmy. Jak opowiadanie Hłaski, jesteś. Czasami jak ciążą przed maturą. Lubię porównania i lubię słowo: "jak". Jesteś też, jak ogródek, który trzeba uprawiać latami, ażeby dojść, czy też dokopać się do prawdy, do ostatecznej odpowiedzi. Najlepiej kopać pod pełnym księżycem.
07:15, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
następne
Archiwum
Listopad 2009
Grudzień 2009
Styczeń 2010
Luty 2010
Marzec 2010
Kwiecień 2010
Maj 2010
Czerwiec 2010
Lipiec 2010
Sierpień 2010
Wrzesień 2010
Październik 2010
Listopad 2010
Grudzień 2010
Styczeń 2011
Luty 2011
Marzec 2011
Kwiecień 2011
Maj 2011
Czerwiec 2011
Lipiec 2011
Sierpień 2011
Wrzesień 2011
Październik 2011
Grudzień 2011
Styczeń 2012
Ostatnie wpisy
  • Jakby Wojaczek miał internet.
  • Wpis na święta.
  • Pierwszy singiel kolegów z ...
  • "Dlaczego nie piszesz nic na ...
  • Zuzanna.
  • Febra mean sraczka.
  • Cały romantyzm mieści się w ...
  • Listopad słodki.
  • List z sąsiedniego pokoju.
  • Jak mój tata został papieżem.
Zakładki:
Ulubione
Przez liście i kładki
Backtothestar
Blog literacki - gry Julio ...
Daj dwie fajki
Greenshamrock
Jakobe
Jestem longplayem
Jestemzewsi
Konrad Wołek
Ladyqueener
Littlemorehard
Moros
Nie wylewaj, waćpan, wina
Oko. Patyki. Śledziony też. I ...
Potem
Siepanieczestuja
Zderzenia losowe
Mejl: wiejewiatr@interia.pl
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 2
zamów newsletter
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog