Przez liście i kładki
RSS
niedziela, 06 maja 2012
Kolejna upiorna wiosenka.

Jednak mam marzenia. Marzę o zapiciu się w tym piekielnym upale. Ale padło deszczem, pomyślałem o kite surfingu, na którą to rozrywkę nie mam żadnych możliwości.

O wyjeździe pomyślałałem, również. Autobusem, lecz tam się duszę. Duszę mą duszę w autobusie, i nawet kierowca trzeźwy. Martwię się o Konrada Wołka.

Słabe znaki życia daje, choć wiem, że kiedyś jego cyrkiel będzie tak cenny jak skórzane spodnie Morrisona. Martwię się o miłość mojego życia, bo chyba po to jest żeby się o nią martwić. I deszcz. Ten wpis nie ma żadnego logicznego związku. Przychodzą znajomi. Znajomi wychodzą. Opowiadają swoje historie, jedna coraz bardziej podobna do drugiej (a ty wordpadzie, przenosisz mnie w kolejną linijkę).

Bywam szczęśliwy, czując usta, język, szczerą cipkę pośród tego chaosu. Tak samo jak lubię te dzieciaki pod klatką, gdy z niej wychodzę to krzyczą: siema spongebob. Tak się jakoś złożyło. Nie miałem żadnej ochoty na pisanie. Ale słyszę z sąsiedniego pokoju, jak mówią o śmierci, o esesmanach, którzy połamali prabacce nogi, a później wypili całe mleko. Tak sobie rodzina rozmawia, i nawet krzyczy: bartek, pijesz kawę ?

 

16:38, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Kula w dupie powstańca.

Dni dobre. Niedługo Van Gogh będzie latał po polach opętany przez żałosne libido. Tak jest każdej wiosny, co wchodzi w lato. U mnie dobrze, chuj z resztą.

Do sklepu chodzę. Oglądam mecze. Messi przestrzelił. Mourinho klęczał. Gorylica chyba ze sklepu odeszła, wróciła może do Kotliny Kongo, z polską walutą, bawić się jak księżniczka. Nie powiem, że nie tęsknie, ale to rodzaj tęsknoty, za czymś oglądanym przez grube wystawowe szyby, za czymś co powinno wrócić, lecz wróciło niepostrzeżenie i zabita tęsknota. 

Ta trzeźwość monszeri, to też niegłupia zabawa. Sprężynek skręcanie w zepsutym robocie, który w dzieciństwie mieszkał, zepsuty - w kąt wrzucony, a tu nagle ożywa, chodzić zaczyna, mantry mantruje, przechuj się robi, ręce wyciągnie do góry, laserowym spojrzeniem spali tremę. Jest życie i sny o chłeptaniu wody studziennej podczas upału.

Dwadzieścia na godzinę w wózku na zakupy, jeśli o nastrój chodzi.

Jest jednak jamajskie przysłowie, że im wyżej małpa się wespnie tym lepiej jej ogon widać. Dlatego stoję spokojnie, oparty o parapet, patrzę przez okno, czekając na pożary pagórków, które widać. Składam ręcę i kaszlę. To nie ma żadnych elementów modlitwy. Zapalam szluga, ściągam koszulkę, przebijam skórę pinezką i czekam na komary.

 

20:39, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2012
Kusznierewicz na wakacjach.

Obudziłem się. Przeczytałem wiadomość, w której pieszczotliwie nazwałaś mnie "mendą". Chwilę później przeczytałem, że jakiś pan Zbigniew w Warszawie znalazł odcięte z precyzją chirurgiczną ludzkie dłonie. Pomyślałem o mocniejszej wersji bajki o kopciuszku. Powiniem ten pan Zbigniew, czy jak mu tam, nie wzywać policji, jeno zacząć po mieszkaniach chodzić, być może znalazłby się ktoś bez dłoni i ładnie buziakiem Zbyszkowi podziękował za odnalezienie. Takie oto refleksje miałem. Nie odprowadziłem Cię wczoraj do domu, choć obiecałem, po wyznaniu miłosnym urwał mi się film. Wziąłbym Cię za to na wycieczkę, trip demoniczny, w trumnie przepłyńmy Bałtyk, mogę wiosłować.

12:31, rumblefish6
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Stado łabędzi.

To chyba spokój. Delikatnienie frazy. Jazda na owieczkach po puszystym mchu. Nic nie dolega, oprócz bólu lewego ramienia, lecz jakby zogniskowanego wewnątrz, tak, że gdy kaszlnę to coś tam boli w okolicach serca.

Pewnie to wbrew rozsądkowi, iż nazywam spokojem stan w którym budzę się co godzinę podczas nocy, zapalam szluga, zjadam czekoladkę, przepijam sprajtem. Wszystko dzieje się przy włączonym telewizorze, tam przeważnie mówią o śmierciach królów, prezydentów i zwierząt. Wczoraj gdy się przebudziłem mówili o zwierzętach, które wprowadzają się do miast, o myszołowie z Miami, który to ptak miał wiele ptasich żon i ptasich kochanek. Teraz ma już jeden fanklub. Chciałbym mieć fanklub, byłbym wtedy fanem swojego fanklubu. Zawsze chciałem być fanem, a bycie fanem fanklubu, to najwyższy etap wtajemniczenia fana. Tak myślę.

Nie mam ochoty na żadną pisaninę. W zasadzie tym gardzę coraz bardziej. Z dnia na dzień litery mi się zamazują. Jestem już prawie taki jak wy bracia i siostry. Wolę powiedzieć: pojebane, aniżeli: ciekawe. W zasadzie piszę dlatego, że chodzi o sen. Snów opisywania nie jestem zwolennikiem. W zasadzie mało kogo obchodzą cudze sny. Nie dziwi to, bo własne sny prawie przestały obchodzić. Ale tej nocy to co innego. Po plątaninie obrazów, mało koherentnych, zaczęła we śnie tworzyć się fabuła. Wysiadłem z samochodu. Poszedłem nad jeziora położone pod lasem. Widziałem konia,

chciał mnie pogryźć, w końcu pogalopował w zieleń. Potem stałem nad jeziorem. Na wzniesieniu pasła się grupa łabędzi, zaczęły przerażająco wrzeszczeć, ktoś się zbliżał od strony jezdnii. Im bliżej była wlokąca się postać, tym bardziej wrzeszczały. Postacią okazała się demoniczna staruszka. Z krwawymi dziurami w twarzy. Gdy nadeszła nad jezioro i stanęła na przeciwko mnie, las zaczął wariować po korony drzew. Staruszka zaczęła mnie dotykać palcem, kłuć uporczywie po klatce piersiowej. Wysiadałem nerwowo we śnie. Chciała żebym ją pokochał. Zrzuciłem ją z brzegu w toń. Pojawił się znajomy i podziękował, że ją utopiłem. Powiedziałem mu, że czuję, iż to nie koniec. Po jakimś czasie zobaczyliśmy ruchy na wodzie. Wynurzała się postać młodej dziewczyny o zjawiskowym ciele. Wyszła z wody ubrana w łachy takie jak miała piekielna staruszka. Zrozumiałem, że to ona, ta której nie zabijesz, która, zawsze się odradza pod najpiękniejszą z możliwych postaci, ta która po wyjściu z wody odmówiła mi miłości, choć błagałem. Odmówiła dlatego, że nie poczekałem na jej śmierć, aby mogła się szczerze odrodzić i znowu kręcić wszystkimi niewidzialnymi wiatrakami, które rozchylają zboża. Poszła. Obudziłem się.

Wcześniej, kilka godzin przed snem wyszedłem do sklepu i przypadkiem spotkałem Ciebie, gdy szłaś bez zapowiedzi do mnie, akurat wiatrem zawiało i poleciały mi łzy, trochę lipnie brzmi, ale tak było. Zapytałaś co się stało, powiedziałem zgodnie z prawdą, że wiatr nie wzruszenie.

 

19:21, rumblefish6
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Misiek idzie na wagary.

Misiek umarł w czwartek. Dołączył do dwudziestosiedmioletnich  wywrotowców, którzy w bramy niebios wchodzą z flaszką wódki i pudełkiem tabletek. Dobry chłopak był i niegłupi. W charakterze się trochę pogubił. Świat też nie przystawał do Miśka.

Dawniej ziomkowaliśmy dość dobrze. Wina dużo się piło, tego taniego, a i zdarzyło się z salicylem mieszać. Dachy miasta opanowane mieliśmy.

Chodziło o to żeby po tym świecie nie łazić z łbem trzeźwym. Tak się pląsało na obrzeżach jaźni, w deszczu psylocybiny, w magicznych perwersjach. Ostatnimi czasy to nie chciałem Go widywać. Nie było płaszczyzny żadnej, deszcz toksyczny kwiatki te, co jeszcze pyliły przypalił równo z ziemią. Ale pamięć jest. Choćbym nie chciał, to napisać muszę. Dusiłem się z tym kilka dni. Ale pewnie egoistycznie biorę temat na klawiaturę, żeby z siebie wypluć słowa należne. Choć mam w zbyt często pijanym sercu poczucie requiemu, który się należy.

Chłopaki mówili, że dzień przed śmiercią spotkali Miśka. Mówił im, że koszmar miał: pracownik monaru chciał go złapać we śnie. Nie wiem czy złapał, bo historii nie dokończył. W dzień pogrzebu po osiedlu łaziła jakaś quasi - południca, staruszka, co ją pierwszy raz widziano. Eklezjastka szalona, z bochenkiem chleba pod pachą. Krzyczała, głosem wyjętem z filmów o egzorcyzmach: "Idźcie do niego, on na was czeka". Pomyślałem, że niedługo ją spotkam twarzą w twarz, poprosi żebym jej pożyczył nóż, aby przekroić chleb. Kromkę, Misiek ! ukroję dla Ciebie.

http://www.youtube.com/watch?v=Sv6dMFF_yts&feature=player_embedded

19:10, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012
Himalaizm.

Jakieś nowe blizny. Seryjka poparzeń. Nie znam ich genezy, nie pamiętam wiele. Dziś rano znalazłem

owoc kiwi w łóżku. Potrzymałem w dłoniach, zaczął wilgotnieć. Pomyślałem o tobie, że masz dużo zdrowych zębów, choć nie lubisz jabłek. To dość dziwne. I znowu wbrew węwnętrznemu przeświadczeniu i wbrew z dnia na dzień rosnącej pogardzie wymierzonej w konstrukcję ludzką zwaną rzeczywistością. Znów po przyjemnym poranku poszedłem do pracy. Wchodząc na wydział zakleiłem sobie oczy zółtymi karteczkami. Chyba wariuję, jak przypuszczałem w kiepskim stylu.

Wróciłem do mieszkania. Okazało się, że znów mam w wentylacji kawki, co roku się wprowadzają. I tak leżąc nagi w wannie zobaczyłem małego czarnego ptaka, który patrzy się na mnie przez kratkę wentylacyjną. To pomyślałem, że już piekło swawoli na całego, puszczając mi w wentyl upiornych zwiadowców. Wstałem cieknący. Powiedziałem do kratki: leć już stąd. Kawka poleciała.

Puściłem jakieś jazzy Milesa Davisa. Popatrzyłem na zdjęcie które mi dałaś, na nim pojawiło się jakieś załamanie papieru, jakaś szczelina bazująca na wilgoci, która z dnia na dzień się rozszerza, dotknęła już ramek. Kiedy oglądałem to zjawisko pani w telewizorze powiedziała, że na dno też trzeba się wspinać.

11:55, rumblefish6
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 marca 2012
Psalm.
Obudziłem się znowu i dalej żyję. Niestety. Tak sobie przypominam co robiłem ostatnimi dniami.
Nic wielkiego, znaczącego też. Pamiętam, że obudziłem się o trzeciej nad ranem. Trochę mną telepało.
Do szafy wszedłem, ciemno tam było i ciepło. Pamiętam, że jakieś dziewczę mi buta orzygało.
Miły gest, potem w takim lasku błota pełnym w halucynacjach alkoholowych rozmawiałem z Wojaczkiem.
Powiedział mi, że alkoholizm to dobra zabawa, jednak rzeczywistość tę zabawę komplikuje. Obudziłem się po raz kolejny 
i nie było mnie już w szafie. Do roboty nie poszedłem, bo nie lubię w niej przebywać. Teraz się pomodlę, do boga, o to żeby mnie sponsorował skoro na świat powołał.
07:16, rumblefish6
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 marca 2012
Chrapanko.

Żyć mi przyszło, nadal. Nie rzygam już wcale. Kiedy piję, to po swojemu, tak, że seta, wysowianka, luz. Brawa za to są niepotrzebne. Żyję - taki mały powód do dumy.
Obudziłem się dziś u kobiety, tej co jest mojego życia. Zjadłem zmutowaną mandarynkę i szukałem butów. Nie było butów i jej też nie było. Dziwna koincydencja. Nieważne. Teraz to pisać zacząłem, piwo w garść, bo wiadomo
na trzeźwo to gadać nie lubię. Spadło mi piwo na podłogę, otworzyłem, więdząc, że wykipi. Pianę wytarłem koszulką barcelony. Krzyknąłem: forza !  

Psa sobie wyobraziłem, że chodzimy razem. Ja mu mówię: czarek. A on mi mówi: hał. Po polach, że chodzimy. On łapie bumerangi. Taki pies przechuj, skacze w górę dziesięć metrów.
Taki co zagryza najniższe gwiazdy. Załyczyłem. Domofon zadzwonił. Kolega przyszedł z wódką. Oddelegowałam, bo miałem w głowie widmo ewentualnej randki, która po wyjściu kolegi
z wódką się odwołała, przez komunikatory, zmęczeniem. Kumam. Wódki nie chcę, więc do sklepu poszedłem po dwa czteropaki. Nie było gorylicy. Zapytałem ekspedientki, co wygląda
jakby nie ćwiczyła nigdy na wuefie. Zapytałem: gdzie jest ona ? Ta na to: ale kto ? Odpowiedziałem: mój chleb, moja brzytwa. Skonstatowała, iż majaczę. Ludzkość nigdy nie rozumiała
prawdziwego geniuszu za życia. Wracając do mieszkania z pasją porozmawiałem o pogodzie, z pasją rozmawiałem z rakowatą sąsiadką, która podobno jest moją chrzestną matką. Jak
się rozpierdolę doszczętnie to się do niej wprowadzę. Powołam się na chrzestno matczyność. Teraz siedzę sam, jak Unabomber. Światem gardzę z zasady. Mam na uwadzę myśl Konrada Wołka: muszę się zabić.
Dowiedziałem się, że chrapię przez sen, każdy kto chrapie przez sen powinien się zabić.

19:24, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lutego 2012
Misis robinson z garczkami w palcach.

Jakże się cieszę. Poczułem wiosnę w opadłych ramionach. Wstałem rano.
Zrobiłem fikołka na parkiecie,  stwierdziłem, że mokro. Zalałem w nocy
pokój roztopami z czteropaków żubra. Posprzątałem dość dobrze. Wodę z lampki nocnej wylałem.
Znowu się w sobie zakochałem, ale na ogarnięcie dałem piąchą w policzek prawy.

Zadzwonił telefon, zaprosił mnie na wystawę pościeli, dałem się zaprosić, mogę wziąć cztery osoby
i wezmę, będę nękał, zależy mi na tym wernisażu.

Poszedłem do sklepu, jak wyszedłem to poczułem taką w cipkę wiosnę. Depresja spadła w urwisko. W sklepie wiadomo, nieśmiertelna gorylica, 
córa antychrysta, wytrysk Hefajstosa. Chciałem się na nią rzucić i pocałować w mętne skrzyżowanie warg, ale wskoczyła przede mnie babcia z garczkami. Trzymała 
dwa identyczne garczki, pytała gorylicy czy ten ciemniejszy tańszy, czy ten biały. Babcię też chciałem pocałować, bo wiosna.
Kupiłem laki strajki dwudziestki piątki. Powiedziałem do gorylicy zamiast "dziękuję" - kocham panią. Wykrzywiła do góry lewe oko i odpowiedziała: idź już.

Po drodze do klatki przybiłem kilka piątek
dzieciakom, wszak przyszłą patologię trzeba szanować, w intencji dobrej starości.  Jestem, pełen wiosennej miłości.

13:06, rumblefish6
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lutego 2012
Pingiel.

Jak mnie ta kurwa zima uszlachetnia. Tak, że depresja woła o konkurs skoków z trampoliny w najgorętsze kratery. Nie widuję się prawię z nikim. Z rodzicielką się widuję. Toleruje mnie.
Ojciec też mnie toleruje. Nie przyznają się do tego, ale czasami zagają o obiedzie. Nie potrzebuję nic więcej. Chciałem "przemoc życia w powłóczyste dni" rozjebać w tenis stołowy.
Zaimprowizowaliśmy na drugich zmianach w pracy stół do ping - ponga. Paleta była taka duża, bez prześwitów między deskami, położyliśmy ją na podwyższeniu z innych palet, takich
z prześwitami. Z cegieł zaimprowizowaliśmy siatkę i grali. Szło nienajgorzej. Czas mijał. Nie wiem czy to dobrze, bo im bliżej końca zmiany, tym bliżej następnego dnia w pracy.

Żem akurat był przy stole z rakietką w dłoni. Dwa do jednego wygrywałem, serwować miałem, a tu pojawił się majster, powiedział, że nam się ganc w głowach popierdoliło. Dał nam młoty 
i kazał rozwalać złomy. Na następny dzień znalazłem w gazecie informacje o turnieju międzyzakładowym w tenisa stołowego, pokazałem mu to, powiedział, że trzeba to zmienić na rzut młotem. 

Dziś natomiast wstałem z łóżka. Nie wiem dlaczego posmarowałem sobie uda resztkami owocu kiwi, ale potem kurewsko piekło. Siadłem na podłodze, ubrałem jasne skarpetki w ciemny
zimowy poranek. Poszedłem do fabryki. Nie było ping ponga. Było dużo pokrzywionych starych ludzi, których nagie dupska nieraz widzę, gdy stoją po zmianie pod prysznicem, a ja idę się
myć nad zlewem, bo nie chcę żeby oni oglądali moje dupsko. Lubię natomiast starszą sprzątaczkę. Powiedziała, że mam ładnego warkocza. Lubię jak coś się psuje, strzela metalem
po ścianach i idą dymy, gęby się rozdziawiają w jedności, jak przed pierdolnięciem komety, którą wzywam każdej nocy, zamiast odmawiania pacierza.

Gdy przysiadłem na styropianie
po zdrowej secie, bo jakaś flaszka się pojawiła na imieniny romana, pomyślałem o takiej jednej, co mnie za bardzo, ostatnio, nie chce widzieć, pomyślałem, że ma rację, ale
z drugiej strony tak się sobie podobałem w lustrze, bo oczy mi przekwitły, w biało czerwone, patriotyczne. Po tej refleksji poszedłem i powiedziałem przełożonemu, że jutro
nie ma mnie.

- Dupczyć gdzieś jedziesz ?
- No, jadę, do rzeszowa.
- To cię wezmę.
- Nie, wolę, autobusem - odpowiedziałem.

Oczywiście nigdzie nie jadę dupczyć. Wracając do mieszkania wstąpiłem do sklepu, patrzę, a tu gorylica. Już mi na życiu nie zależy, to powiedziałem jej: cześć. Nie odpowiedziała nic.
Chyba się trochę próbowała uśmiechnąć. Wytłumaczyłem tę niemoc, wrodzoną blokadą szczęk. Poprosiłem dwa czteropaki żubra, laki strajki niebieskie, dała dwudziestki piątki.
Nie kłóciłem się.

Niedawno się obudziłem. Śniło się ścierwo martwego nosorożca, leżące na brzegu rzeki. Usiadłem we śnie na jego ciele, patrzyłem na nierówny zachód słońca, pod nim ważka dławiła się ptakiem.


22:28, rumblefish6
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
następne
Archiwum
Listopad 2009
Grudzień 2009
Styczeń 2010
Luty 2010
Marzec 2010
Kwiecień 2010
Maj 2010
Czerwiec 2010
Lipiec 2010
Sierpień 2010
Wrzesień 2010
Październik 2010
Listopad 2010
Grudzień 2010
Styczeń 2011
Luty 2011
Marzec 2011
Kwiecień 2011
Maj 2011
Czerwiec 2011
Lipiec 2011
Sierpień 2011
Wrzesień 2011
Październik 2011
Grudzień 2011
Styczeń 2012
Luty 2012
Marzec 2012
Kwiecień 2012
Maj 2012
Ostatnie wpisy
  • Kolejna upiorna wiosenka.
  • Kula w dupie powstańca.
  • Kusznierewicz na wakacjach.
  • Stado łabędzi.
  • Misiek idzie na wagary.
  • Himalaizm.
  • Psalm.
  • Chrapanko.
  • Misis robinson z garczkami w ...
  • Pingiel.
Zakładki:
Ulubione
Przez liście i kładki
Backtothestar
Blog literacki - gry Julio ...
Daj dwie fajki
Etc
Greenshamrock
Jakobe
Jestem longplayem
Jestemzewsi
Kamień-Jedwab
Kokolina
Konrad Wołek
Ladyqueener
Littlemorehard
Mężczyzna czuły na dotyk
Mężczyzna czuły na dotyk
Moros
Nie wylewaj, waćpan, wina
Oko. Patyki. Śledziony też. I ...
Potem
Siepanieczestuja
Zderzenia losowe
Złe niedziele
Mejl: wiejewiatr@interia.pl
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 2
zamów newsletter
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog